Oczy w kolorze kłamstw cz.14

Policja przyjechała dość szybko. Łucja siedziała na schodach werandy, trzymając w dłoniach drinka. Sączyła go powoli, jednocześnie obserwując samochód parkujący pod jej domem. Sierżant Stańczyk podeszła do niej pierwsza, natomiast jej partner rozglądał się dookoła, jakby chciał sprawdzić, czy przypadkiem ktoś się w pobliżu nie kręci.
- Dzień dobry, pani Maciejewska. – odezwała się Milena.
- Witam. Jestem wdzięczna, że tak szybko przyjechaliście – powiedziała wstając. Wychyliła pozostałą zawartość szklanki jednym haustem i ruszyła w kierunku drzwi wejściowych. Reszta poszła za nią. Obraz, a raczej to co niegdyś nim było, stał w salonie oparty o sofę. Łucja wskazała go ręką i szybko odwróciła wzrok. Nie chciała oglądać go takiego. Przechodziły ją dreszcze.
Mężczyzna podszedł do niego i badawczo mu się przyjrzał.
- Myśli pani, że to może być jakaś groźba? – zapytał.
Łucja wzruszyła ramionami.
- Myślałam, że wy mi powiecie – wymamrotała.
Milena Stańczyk zapytała, czy obraz był zapakowany. Łucja podała jej pergamin w który był zawinięty i czekała. Tymczasem policjanci powtórnie przyjrzeli się niespodziewanej paczce i zrobili kilka zdjęć.
- Na poprzedniej przesyłce nie znaleźliśmy niczego szczególnego. Było wiele odcisków palców, ale niczego nam nie powiedziały. Może tym razem będzie inaczej. Ktoś wyraźnie znęcał się nad tym obrazem. Może zostawił jakieś ślady naskórka, cokolwiek, co powiązałoby go z zabójcą pani męża.
- To chyba oczywiste, że za wszystkim stoi ta sama osoba – rzuciła Łucja.
- Owszem, na razie to nasza podstawowa hipoteza. Ciężko uwierzyć w takie zbiegi okoliczności – przyznała Stańczyk – Pozwoli pani, że zabierzemy obraz i papier do analizy?
- Oczywiście.
Już po chwili Łucja została sama, zastanawiając się, o czym myśleli policjanci. Wydawali się zobojętniali, choć wyraźnie ktoś sobie z nimi wszystkimi pogrywał. Nie mogła znieść tej bezsilności. Chciałaby móc zrobić cokolwiek, ale nawet nie wiedziała od czego mogłaby zacząć. Wszystkie dowody i tak zabrała policja. Cóż więc jej pozostało? Gdyby Ernest żył, z pewnością kazałby jej uważać na siebie. Oglądać się za siebie przy najdrobniejszym szmerze. Nie robić niczego, co mogłoby sprowadzić na nią jeszcze większe niebezpieczeństwo. Szkoda tylko, że łatwo tak mówić, a trudniej zrobić. Przecież nawet nie wiedziała, co takiego kieruje tym zwyrodnialcem…
Potrzebowała jeszcze jednego drinka. Poszła więc do kuchni, analizując po kolei wszystkie zebrane informacje. Dopiero po chwili dotarło do niej to, co oczywiste. Ernest nie zginął przypadkiem. Gdyby tak było, nie dostawałaby tych obrzydliwych przesyłek. To musiał być ktoś, kto znał Ernesta i ją samą. Pytanie tylko, czy ona również go znała?

***

Na dworze zaczynało się ściemniać. Dorian dopiero co wyszedł z siłowni, a już zorientował się, że mordercze ćwiczenia tylko na chwilę pozwoliły mu zapomnieć o Łucji. Walczył ze sobą od kilku dni, żeby do niej nie zadzwonić. Sytuacja wyglądała nieciekawie. Policja się na niego uwzięła, a Łucja była na niego wściekła, bo ją okłamał i zamiast się pokajać, to jeszcze ją obraził. Naprawdę czuł się podle. Oczywiście policjanci twierdzili, że muszą sprawdzić różne ewentualności, a pobranie jego odcisków palców, to jedynie rutynowa procedura. Jego adwokat twierdził, że nie musi się na to zgadzać. Ale on uległ, dla świętego spokoju. Chciał udowodnić, że nie ma niczego do ukrycia. Niczego, oprócz romansu z Łucją… Zaklął w duchu. Nawet gdyby chciał, jego myśli prędzej czy później i tak musiały skupić się na niej. Zanim zdał sobie sprawę co robi, był już w drodze nie do swojego mieszkania, ale do domu Łucji. Miał nadzieję, że trafi na jej dobry humor. O ile tak można mówić o kobiecie, która kilka miesięcy temu straciła męża.
Westchnął. Że też wpakował się w takie gówno. Na świecie było tyle wolnych, szczęśliwych kobiet, o które nie musiałby się ciągle martwić i uważać, by jakoś ich nie zranić. Po prostu – kilka miłych słów, pozorne zaproszenie na kawę lub drinka i już. Nawet teraz, w siłowni, jedna z kobiet posyłała mu bardzo jednoznaczne spojrzenia i uśmiechy. Gdyby chciał, mógłby ją mieć. Ale on wolał myśleć o kobiecie o kasztanowych włosach i czekoladowych oczach. O jej delikatnej, jedwabistej skórze i słodkawym, ale nie duszącym zapachu. Nienawidził jej za to, co z nim zrobiła. Sprawiła, że był od niej zależny. Że zachowywał się przez nią jak szczeniak, który chodzi za swoją panią ilekroć ta wykaże choć odrobinę uwagi. A kiedy tego nie robi, i tak w zniecierpliwieniu waruje przy niej, czekając, aż w końcu uczyni najmniejszy gest zainteresowania. Prychnął. Może właśnie dlatego był dla niej tak nieprzyjemny. Chciał, by wiedziała, że nie żywi do niej żadnych głębszych uczuć. Nawet, jeśli to nie była prawda…
Przeklinał się za to co robi, ale nie potrafił inaczej. Wierzył, że kiedy się pogodzą, nie będzie już tak nałogowo o niej myślał. Wystarczy mu, że raz na jakiś czas zapyta co u niej słychać, wysyłając chociażby krótkiego esemesa.
Kilka minut później parkował już przed jej bramą. Zawahał się, ale tylko na chwilę. Skoro już tu był, powinien się z nią zobaczyć. Wysiadł więc z samochodu i ruszył do furtki. Była otwarta. Idąc w kierunku drzwi wejściowych, zauważył że w jednym z pomieszczeń – chyba w kuchni, paliło się światło. Odetchnął z ulgą. Łucja była w domu. Zapukał do drzwi, a kiedy nie otwierała, zadzwonił dzwonkiem. Minęła dłuższa chwila, ale nic się nie działo, więc ponownie uderzył pięścią w drzwi. Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem Łucja nie zobaczyła go przez judasza i nie postanowiła udawać, że jej nie ma w domu. Postanowił zajrzeć przez okno z którego sączył się snop światła i ewentualnie nakryć ją na gorącym uczynku. Zszedł z werandy i podszedł do tamtego okna. Nikogo jednak nie zauważył. Obszedł cały dom i zobaczył, że samochód Łucji jest w garażu. Trochę go to zaniepokoiło. Nie namyślając się dłużej, wrócił do drzwi wejściowych i nacisnął klamkę. Były zamknięte. Zniecierpliwiony wrócił do garażu, żeby sprawdzić, czy Łucja ma w tam przejście do domu. Oba budynki były połączone, więc wydawało mu się, że tak. Nie mylił się. Podszedł do drzwi w głębi garażu i spróbował je otworzyć. Tym razem się udało. Wszedł na schodki prowadzące do wnętrza domu i już po chwili znalazł się w znajomej przestrzeni. Korytarz prowadził do salonu, ale po drodze Dorian minął jedne drzwi. Z ciekawości zajrzał do środka, żeby sprawdzić, czy Łucji tam nie ma. Okazało się, że była to pracownia jej zmarłego męża. W innych okolicznościach, pewnie wszedłby głębiej, żeby zobaczyć, jak wyglądała jego praca od kuchni i czy nie ma tam przypadkiem innych obrazów jego żony, ale teraz ważniejsza była dla niego jej realna wersja. Zamknął za sobą drzwi i poszedł dalej. W salonie jej nie było. W kuchni, która do niego przywierała również nie. Postanowił zobaczyć w sypialni. Może spała i nie słyszała, jak się do niej dobijał. Kiedy otworzył drzwi, zorientował się, że i tym razem nie trafił. Łóżko było puste. Jednak usłyszał szum wody i postanowił to sprawdzić. Wszedł głębiej do sypialni i skierował się do drzwi, które od niej odbiegały. Wiedział już, że Łucja jest w łazience i bierze prysznic. Wiedział też, że nie powinien iść dalej. Ale jakaś jego część, zapewne ta najbardziej bezczelna, popychała go dalej. Już po chwili otwierał drzwi do łazienki i wchodził do zaparowanego pomieszczenia. Nie chciał jej przestraszyć, więc nie robił nic. Po prostu cicho zamknął za sobą drzwi, oparł się o nie i zaczął się jej bezceremonialnie przyglądać. Z przyjemnością patrzył, jak strugi wody spłukują pianę z jej namydlonego ciała i włosów. Zaparowana szyba, za którą stała, trochę ograniczała widoczność, jednakże pozostawiała też wielkie pole dla wyobraźni, a ta pracowała na najwyższych obrotach.

Ledwo powstrzymywał się, żeby tam nie wejść i nie przyprzeć jej do ściany. W jego marzeniach, Łucja zakręcała wodę i odwracała się w jego stronę. Na jego widok, była trochę zaskoczona, może nawet wystraszona, ale jednak emocje wzięły górę. Zapraszająco rozsunęła szklane drzwiczki i cofnęła się pod samą ścianę, żeby zrobić dla niego miejsce. Jedyne co zdążył zrobić, to ściągnąć koszulkę i buty. Potem wolnym krokiem skierował się do kabiny. Dołączył do niej, objął ją i przyciągnął do siebie. Ona ponownie odkręciła wodę. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że spływała ona po dżinsach. W tej chwili liczyło się dla niego wyłącznie nagie, mokre ciało kobiety, gorące od wody i myśli związanych z tym, co stanie się za chwilę.
Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Kiedy Łucja zakręciła wodę i odwróciła się, zamarła w bezruchu, a następnie przywarła do ściany, rozglądając się za czymś, co mogłoby jej posłużyć za broń. Dorian, domyślając się, że go nie poznała, podszedł szybko do kabiny i jednym zamaszystym ruchem przesunął drzwiczki. Łucja cicho krzyknęła, jakby strach uwiązł jej w gardle, a następnie przyłożyła rękę do ust i widząc, że to Dorian, rozszlochała się jak dziecko. Nie wiedząc co się dzieje, wszedł po prysznic, nie zawracając sobie głowy nawet zrzuceniem butów i przyciągał ją do siebie mocno.
- Przepraszam… nie chciałem cię przestraszyć – mówił głaskając ją po mokrych włosach – już dobrze.
- Myślałam, że to on – powiedziała nie przestając płakać.
Dorian nie rozumiał. W tamtej chwili myślał, że wzięła go za Ernesta. To było dość niedorzeczne, ale po tym co przeszła, wcale nie niemożliwe. Potem jednak w końcu przestała płakać, odsunęła go od siebie i poprosiła by poczekał w salonie. Kiedy przyszła – ubrana w puchaty, biały szlafrok – opowiedziała mu o przesyłce którą zastała po powrocie do domu. Dorian słuchał jej z coraz większym przerażeniem. Na pewno miała rację. To musiał być morderca Ernesta. Kto inny dysponowałby jego obrazem i znał jej adres?
- Co na to policja?
Łucja wzruszyła ramionami.
- Zrobili parę zdjęć i zabrali obraz.
- Nie przydzielą ci ochrony? – spytał z niedowierzaniem. Dla niego był to wystarczający powód do tego, by nie spuszczać jej z oczu. Uważał, że policja powinna zareagować podobnie.
- Dla nich to nic nadzwyczajnego, Dorian – powiedziała i z westchnieniem opadła na kanapę.
- Nie powinnaś siedzieć tu sama. Wyjedź gdzieś, do rodziny, przyjaciół.
Pokręciła głową.
- Nie mogę. Jutro wracam do pracy – oznajmiła.
Nie próbował nawet ukryć zaskoczenia.
- Już? Jesteś pewna? Chyba nie jesteś jeszcze na to gotowa… - stwierdził.
Łucja spojrzała na niego z uniesionymi brwiami.
- Ach tak? Ale na numerki z innym facetem byłam?
- Nie odpuścisz, co? – zapytał, idąc w jej stronę. Usiadł naprzeciwko niej i spojrzał na nią z powagą. – Naprawdę przepraszam. Wiesz, że nie miałem tego na myśli. Wybacz mi.
- Po to przyjechałeś? Żeby przeprosić?
Skinął głową.
- A w ogóle, to jak się tu dostałeś? Przecież zamknęłam drzwi – spytała, przyglądając mu się podejrzliwie.
- Przez drzwi w garażu – wyjaśnił.
Łucja westchnęła.
- Cholera – nie zwlekając, poszła na dół do garażu, żeby zamknąć drzwi. On tymczasem zastanawiał się, co mógłby zrobić, żeby ochronić Łucję przed kolejnymi „niespodziankami” tego szaleńca.
- Zupełnie zapomniałam o tych drzwiach – mamrotała wchodząc z powrotem do salonu.
- Wprowadź się do mnie – odezwał się nagle.
Stanęła jak wryta i zmarszczyła brwi.
- Mam nadzieję, że nie mówisz poważnie.
- Tylko na jakiś czas – dodał.
- Wow. W takim razie jestem spokojna – rzuciła ironicznie.
Dorian westchnął.
- Nie proponuję ci tego z sympatii, tylko przez niepokój o ciebie. Mam ci przypomnieć, co stało się przed chwilą w twojej łazience? Chcesz to przechodzić ilekroć usłyszysz jakiś szmer?
- Pragnę zauważyć, że niecodziennie jakiś facet wchodzi do mojej łazienki kiedy biorę prysznic – powiedziała sucho.
- To było głupie z mojej strony, ale weź pod uwagę, że niecodziennie dostajesz takie upominki.
Uciekła spojrzeniem w bok.
- O co chodzi? To nie był pierwszy raz? – zapytał zaskoczony.
Odetchnęła głęboko.
- Dostałam już anonimową przesyłkę. List, w którym było zdjęcie mojego portretu. I jakiś dziwny podpis. „Wreszcie na swoim miejscu”, czy coś takiego. Na początku myślałam, że to kartka z kondolencjami od kogoś, kto nie mógł być na pogrzebie, ale…
- Kartka z kondolencjami? Zaraz, zaraz… Podziękowałaś mi kiedyś za coś takiego. A ja powiedziałem, że niczego nie wysyłałem. To o to chodziło? Chciałaś mnie sprowokować? Sprawdzić reakcję?
- Przepraszam – powiedziała cicho – to był taki czas, kiedy podejrzewałam każdego.
Dorian z niedowierzaniem pokręcił głową.
- Pocieszające – wymamrotał.
- Och, wybacz. Przecież tylko zamordowano mi męża. Nie mam prawa popadać w paranoje – rzuciła nie kryjąc sarkazmu.
- Więc kogo jeszcze podejrzewałaś? – zapytał, wpatrując się w nią intensywnie.
Łucja nerwowo przygryzła wargę.
- Tak myślałem.
Nie czekając dłużej na kolejne usprawiedliwienia, ruszył do drzwi, żeby jak najszybciej opuścić to miejsce i samą Łucję. To, że podejrzewała go, gdy policja obnażyła jego kłamstwo było oczywiste. Ale to, że widziała w nim potencjalnego mordercę już wcześniej, było nie do zniesienia. Widać, nie dane im było żyć w zgodzie. Choć tym razem był zbyt wściekły, żeby w ogóle się tym przejmować.

***

Nadszedł wielki dzień. Dzień powrotu do normalności. Oczywiście, nigdy już nie będzie zupełnie normalnie. W końcu z Łucji i Ernesta została już tylko Łucja. W dodatku ten, kto pozbawił to połączenie drugiego członu, kręcił się gdzieś blisko niej i uprzykrzał jej życie. Jednak znalazła sposób, by choć przez chwilę o tym nie myśleć. Praca. Tylko ona mogła ją uchronić od kolejnego załamania. Na samo wspomnienie ostatniego spotkania z Dorianem bolał ją brzuch. Źle zrobiła, że od razu porządnie go nie przeprosiła. Ale cała sytuacja bardzo wytrąciła ją z równowagi. Naprawdę przeraziło ją jego pojawienie się w łazience. Nic dziwnego, że była nazbyt szczera i nie przejmowała się tym, jak bardzo go zabolą jej słowa. Myślała wtedy tylko o siebie i swoimi przerażeniu… I jeszcze ta dziwna propozycja wspólnego zamieszkania. Czy on zapomniał, że dopiero kilka miesięcy temu została wdową? I w dodatku policja wciąż bacznie się im przyglądała. Wkładanie im dodatkowych argumentów do ręki, nie było rozsądnym posunięciem. Mimo to, doceniała starania Doriana. Dlatego postanowiła go przeprosić. Nie miała jednak czasu na długie rozmowy, ponieważ czekała na pacjenta, wiec postanowiła - jak ostatnia nastolatka – wysłać mu esemesa. „Przepraszam za wszystko. Jest mi strasznie wstyd. Nie byłam sobą, ani wczoraj, ani wtedy. Naprawdę mi przykro. Wiedz, że o nic cię nie podejrzewam. Po prostu wiem, że nie byłbyś do tego zdolny.” Wysłała esemesa dokładnie w chwili, w której pojawił się kolejny pacjent. Hubert powitał ją nieśmiałym uśmiechem.
- Cieszę się, że pani wróciła – powiedział na wstępie.
- Ja też się cieszę. Szczerze mówiąc, myślałam, że się już nie zobaczymy. Byłeś taki zadowolony z życia, gdy się ostatnio widzieliśmy… Zupełnie jak nie ty. Myślałam, ze zrezygnujesz z terapii.
Pokręcił głową.
- To byłoby ryzykowne. Sama pani mówiła, że chwilowe skoki radości nie są powodem do porzucenia terapii. To długi proces.
- Więc to był chwilowy skok radości? – zapytała zaskoczona.
Uśmiechnął się.
- Nie, ale jak to mówią: przezorny zawsze ubezpieczony. Wolę się upewnić, że teraz wszystko się ułoży. No wie pani… z nią.
- Opowiedz mi o niej – poprosiła.
Hubertowi zaświeciły się oczy. Widziała już kiedyś takie spojrzenie. Tak może patrzeć na świat tylko człowiek zakochany. Zrobiło jej się smutno, bo przypomniała sobie, że Ernest też często patrzył w ten sposób. Na nią. Odetchnęła głęboko. Nie pora na wspomnienia. Dostała szansę na powrót do pracy. Nie mogła jej spieprzyć.
- Jest wspaniała. Dobra, mądra, zabawna. Też sporo przeszła w swoim życiu, tak jak ja. Dlatego się rozumiemy. Czuję, że ona potrafi czytać w moich myślach.
- A ty w jej? – Łucja uśmiechnęła się.
Hubert skinął głową.
Doskonale wiedziała o czym mówił. O rany, przestań myśleć o sobie – napomniała się w duchu.
Rozmowa z Hubertem toczyła się swoim rytmem, jednak kosztowało ją to wiele wysiłku. Ilekroć mówił o swoich uczuciach, o poczuciu straty, czy wręcz przeciwnie – o gorącej miłości, czuła się tak, jakby to ona była pacjentką, a on jej terapeutą. Może zbyt wcześnie przerwała swoją terapię... Hubert miał rację, chwilowe skoki radości nie były powodem do tego, żeby porzucać leczenie. Sama wielokrotnie powtarzała to swoim pacjentom. A ona? Jak tchórz przestała odbierać telefony od Artura, bo zwyczajnie bała się, że ją potępi, powie, że jej małżeństwo przechodziło kryzys przez nią, że Ernest dobrze robił, że nie chciał mieć z nią dzieci, bo ona myślała tylko o sobie, o swoich potrzebach... Oczywiście nie wolno by mu było być stronniczym i subiektywnym, ale na pewno, między wierszami wyczytałaby pogardę z jego słów.
Czy aby na pewno? – zastanawiała się. Artur był mądrym, sympatycznym człowiekiem. Ani razu nie czuła, że ją ocenia. To ona wmawiała sobie, że tak będzie, bo sama, gdzieś w głębi duszy uważała, że to jej wina, że Ernest uciekł do innej kobiety i do tego zrobił jej dziecko. Ona sama nie była mu wierna. Dlaczego więc miała do niego pretensje? Była skołowana. Miała dość. Całe szczęście, sesja dobiegała końca. Dziś miała tylko jednego pacjenta, Sara ją oszczędzała. Pożegnała się z Hubertem i zaczęła zbierać swoje rzeczy. Kiedy chowała komórkę do torebki, ta rozdzwoniła się głośno. Dorian.
- Cześć. Nie wiedziałam, że oddzwonisz. – rzuciła na wstępie.
- Chciałem sprawdzić, czy przypadkiem nie boisz się ze mną rozmawiać i stąd te esemesy.
- Nie, ja… Jestem po prostu w pracy.
- To się dobrze składa, bo właśnie stoję pod waszą kliniką. Możesz zejść?
Zaskoczona, powiedziała, że zaraz wychodzi i ruszyła do wyjścia. Pożegnała się z dziewczynami z pracy, które minęła na korytarzu i wyszła z budynku. Dorian stał na parkingu, nonszalancko oparty o swój samochód. Pomachał jej lekko, kiedy zauważył, że idzie w jego kierunku.
- Myślałam, że będziesz się gniewał w nieskończoność. Ja bym się gniewała.
- Wiem. Oboje napsuliśmy sobie krwi. Przyznam, że ty trochę bardziej niż ja, ale jednak… Mam do ciebie słabość. Nie umiem się długo gniewać. Zaprosisz mnie na kolację i będziemy kwita – powiedział.
- Nie wiesz nawet, jak gotuję – zaśmiała się.
- Przekonamy się. Pamiętaj, że chodzi o nasze pojednanie. Musisz się postarać – powiedział i złapał ją za rękę. Uśmiechnęła się, ale widząc Huberta wsiadającego do swojego samochodu, szybko wyrwała rękę i przejechała nią po włosach. Miała nadzieję, że jej pacjent niczego nie zauważył. Nawet nie znał jej męża, nie wiedział też, że on nie żyje, ale odruchowo zareagowała jak spłoszona sarna. Poczuła się głupio. Dorian zmarszczył brwi i spojrzał w tym samym kierunku.
- Cóż… Kolacja musi być naprawdę dobra – wymamrotał tylko.
- Postaram się – powiedziała i posłała mu szeroki uśmiech, żeby jakoś zatrzeć złe wrażenie, jakie niewątpliwie wywarła na nim ta sytuacja.
- Przyjadę za dwie godziny. Wyrobisz się? – zapytał.
- Wątpię, bo muszę jeszcze jechać na zakupy.
- W takim razie nie spiesz się, najwyżej ci pomogę. Jestem głodny jak wilk.
- Jest piąta, nie jadłeś obiadu?
- Jestem trochę zabiegany. Poza tym, ratuje mnie myśl o kolacji. Nie zatrzymuję cię. Masz wiele pracy – powiedział i mrugnął porozumiewawczo. Pożegnał się i odjechał. Łucja postanowiła nie tracić czasu i jechać na zakupy. W głowie układała już nawet co ugotować. W supermarkecie zeszło jej więcej czasu niż przewidywała. Nie dość, że zmarnowała sporo czasu na szukanie i wymyślanie coraz to nowszych składników, to jeszcze musiała wyjść z niemożliwie długiej kolejki, ponieważ zapomniała kupić wino do kolacji. Kiedy w końcu po raz kolejny pokonała kolejkę, zapłaciła za zakupy i poszła do samochodu, okazało się, że trafiła na uliczny korek. Spojrzała na zegarek. W sklepie straciła ponad godzinę, a teraz jeszcze to. W domu była dopiero po półtorej godziny. Zaparkowała samochód na placu i zaczęła wyciągać z bagażnika reklamówki z zakupami. W końcu znalazła się w środku i już w korytarzu poczuła, że coś jest nie w porządku. Przystanęła, żeby zorientować się co, a kiedy w końcu wiedziała, reklamówki omal nie wypadły jej z rąk. Szybko zaniosła je do kuchni i zaczęła się rozglądać, wciągając w nozdrza znajomy zapach. Perfumy Ernesta. Rozpylone w całym domu. Oczy niemal jej łzawiły od silnego zapachu, zupełnie jakby ktoś wypsikał cały flakon. I to niedawno. Zamarła. Ktoś musiał to zrobić przed chwilą.
Dokładnie w momencie w którym o tym pomyślała, usłyszała jakiś szelest. Ruszyła w tamtym kierunku i usłyszała, że ktoś otwiera drzwi garażowe. Nie miała pojęcia skąd w niej ta odwaga, ale pobiegła za włamywaczem. To on uciekał przed nią, nie odwrotnie. Pośliznęła się na schodach prowadzących do drzwi garażowych, ale udało jej się zachować równowagę. W garażu już nikogo nie było, więc wypadła z niego co sił w nogach. Zobaczyła, że zakapturzony włamywacz wybiega z jej placu, a w tym samym czasie parkuje przed bramą samochód Doriana. Ten, widząc co się dzieje, wyskoczył z auta i obejrzał się.
- Goń go! Goń! – krzyknęła Łucja, nie zatrzymując się.
Mężczyźnie to wystarczyło. Pobiegł za tajemniczym mężczyzną i dogonił go w ciągu kilku sekund. Złapał go za ramię i zatrzymał, po czym nie bacząc na dziwne jęki, położył na asfalcie.
- I co teraz, cwaniaczku? – zapytał Dorian, krzyżując mu nadgarstki na plecach.
Po chwili Łucja stała już obok nich.
- To włamywacz… Perfumy… Rozpylił je… W całym domu - nie wiedziała, czy przerywa z wysiłku, czy ze zdenerwowania. – To chyba zabójca Ernesta – powiedziała w końcu.
Dorian przyglądał się jej z uwagą, starając się dostrzec, czy poza zdenerwowaniem wszystko z nią w porządku. Czytając w jego myślach, skinęła głową.
- W takim razie, przekonajmy się kto to – powiedział mężczyzna i pociągnął za kaptur włamywacza. Najpierw zaskoczyło ich, że była to kobieta. Potem, że to całkiem dobrze znana im kobieta. Włamywaczem, a prawdopodobnie i zabójcą Ernesta, okazała się jego była asystentka Paula.
Dodał/a: Danielle. w dniu 7-12-2016 - czytano 1493 razy.
Słowa kluczowe: opowiadanie seks zdrada romans Danielle.


Komentarze (1)

Oladnia 2016-12-20 22:54:32.

Świetne, pisz szybciej bo nie moge się doczekac! :)


Prosimy o nie dodawanie danych osobowych, adresów e-mail, numerów komunikatorów, numerów telefonów itp.

Komentarz do "Oczy w kolorze kłamstw cz.14"

(pole wymagane)

(pole wymagane)

(pole wymagane)